Faszyn in Krakow - czyli co tu się (nie)dzieje

Byłem, zobaczyłem i tyle zapamiętam z imprezy Fashion in Cracow - nowego wydarzenia na modowej mapie Krakowa.

Pomysł nie był nowy, choć interesujący. Ustawić wybieg na stricie, w otoczeniu zabytkowych kamienic (a raczej kościołów) ulicy Grodzkiej. Modelki miały iść po wybiegu tuż obok przechodniów, zniżając fashion z wysokości do ziemi. W Polsce takie działanie mogło mieć wymiar akcji społecznej, wszak pojęcie bycia modnym to dla naszych rodaków często termin z odległej galaktyki.





Przybyłem już w trakcie imprezy, jeszcze przed występem gwiazdy - czyli Ewy Minge, której loki powiewały w pierwszym rzędzie vip-krzesełek. Wybieg ustawiono na placu Marii Magdaleny, tuż pod pomnikiem Piotra Skargi, na którym kaznodzieja grzmi kolejne ostre kazanie, podnosząc dłoń w geście opamiętania. Pomyślałem: no to mamy akcję "moda vs. Skarga". Groźny miks. Tym bardziej, że w nazwie wydarzenia pojawiło się słowo "festiwal". A skoro festiwal, to wiadomo - będzie naj, haj, lans i ogólny wypas.

I co zobaczyłem? Tył sceny zakryto czarną jak peleryna z Krainy Deszczowców płachtą, w której to scenerii niknęły ciemniejsze ubrania przygotowane przez projektantów. Modelki przechadzały się po zawiniętym jak litera L wybiegu, idąc po zwykłej, szarej wykładzinie, takiej którą można kupić za 9,90 za metr. Jej kawałki przyklejono miejscami niezbyt starannie, zapewne - jak mniemam - by podkreślić awangardowy koncept wizualny. Z boku ustawiono spory telebim, który podczas prezentowania jaśniejszych obrazów odsłaniał moc wypalonych pikseli. U jego stóp czerwieniły się biało-czerwone barierki, ustawione tu w niewiadomym celu przez drogowców - znak, że moda znalazła się na ich dzielni. Publiczność stała obok wybiegu (krzesełka tylko dla vipów, a jakże!), rozdając sobie kuksańce w tłumie.



Wiem, czepiam się - ogólnie nie było przecież źle, pokazy się odbyły bez wielkich wpadek, bez znacznej obsuwy, modelki nie potykały się, nawet pogoda nie wykręciła numeru (choć zachodzące słońce świeciło centralnie w twarz widowni, mrużącej oczy na pokazie Ewy Minge, wystarczyło go zrobić kilkanaście minut później).

Ale czepiam się, bo moda to perfekcja, detale, to smak i elegancja, a one kryją się w detalach. Jeden źle dobrany element potrafi schrzanić finalny efekt - podobnie jest w przypadku projektowania. Widać to było w ustawionym obok mini showroomie, gdzie znakomite, dopracowane projekty Marii Mrovcy sąsiadowały z imitacjami Risk Made in Warsaw, które ktoś w przypływie fantazji umaił błyszczącymi guzikami ze świecidełkami.



Fashion in Cracow o detale niestety nie zadbał. Szkoda, wyszło znów trochę po krakowsku. A ja pomyślałem, że Kraków ma nadal wiele do pokazania. Pokazania samemu sobie, że w dziedzinie fashion potrafi mówić nowoczesnym, dojrzałym głosem, bez prowincjonalnego akcentu. Pod Wawelem moda przechadza się nie od wczoraj krętymi ścieżkami.

Co roku Szkołę Artystycznego Projektowania Ubioru kończą pokolenia zdolnych ludzi. A potem uciekają do Warszawy, szukając lepszego świata. Wiedzą, że jeśli zostaną w Krakowie, są skazani w większości albo na underground i klepanie biedy, albo na szycie t-shirtów ze śmiesznymi napisami. Tylko, że ani jedno, ani drugie z prawdziwą modą wiele wspólnego niestety nie ma.

Mam nadzieję, że w przyszłości w Krakowie będzie więcej fashion - ale tego przez on, a nie yn.
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Moda
Trwa ładowanie komentarzy...