Stary Teatr znów w ogniu

Narodowy Stary Teatr pod rządami Jana Klaty wciąż płonie. Tym razem w ogniu znalazły się sprawy prawno-finansowe. I znów jest gorąco.

"Dziennik Polski" informuje, że 2 miesiące temu do Jana Klaty, dyrektora Starego Teatru, wpłynęło pismo z 19 zarzutami od związkowych pracowników tej instytucji. Chodzi m.in. o „notoryczne łamanie postanowień Układu Zbiorowego”, „narażanie na szwank dobrego imienia Narodowego Starego Teatru”, „nieprzestrzeganie rozporządzenia Ministra Kultury dotyczącego projektów sceno­graficznych, dekoracji i kostiumów” oraz „nieprzestrzeganie procedur przetargowych”. Jan Klata na razie milczy.



Co to oznacza konkretnie? Chodzi oczywiście o pieniądze. A raczej o wielkie pieniądze. Stary Teatr obraca gigantycznymi środkami w sposób takich, który budzi wątpliwości u wielu osób. Na przykład jeden element scenografii „Pocztu Królów Polskich” Krzysztofa Garbaczewskiego - duże serce - zostało zamówione poza teatrem i kosztowało aż 40,7 tys. zł. Pracownicy techniczni Starego Teatru dziwią się, dlaczego nie zostało stworzone przez nich. Kosztowałoby wtedy o wiele mniej.

Budżet Narodowego Starego Teatru, który jest instytucją państwową, wynosi ok.14,7 mln zł. Tak wielkimi środkami operuje niewiele teatrów w Polsce. Okazuje się, że ministerstwo jeszcze dokłada pieniędzy do pieca Starego. Dotację zwiększono m.in. o 200 tys. zł w celu "wypłaty wynagrodzenia (wraz z pochodnymi) dla pana Sebastiana Majewskiego w związku z powołaniem go na stanowisko Zastępcy Dyrektora ds. artystycznych”. Na premiery "Akropolis" i "Woyzecka" dołożono jeszcze 400 tys. zł.

Nie wiadomo, ile kosztowała nas praca nad spektaklem "Nie-boska komedia" Olivera Frljicia, który ostatecznie nie doszedł do skutku. Nie wiadomo, czy z uwagi na odwołanie kontrowersyjnej premiery nie trzeba było zapłacić Chorwatowi odszkodowania. Jest też obawa, że Stary Teatr może musieć zapłacić odszkodowanie z powodu muzyki Igora Strawińskiego, którą wykorzystano w spektaklu "Król Edyp". W tej sprawie trwają rozmowy prawników na linii Kraków - Nowy Jork, gdzie mieści się firma reprezentująca prawa spadkobierców do muzyki Strawińskiego.

Pracownicy zarzucają dyrektorowi również łamanie przepisów pracy - chodzi m.in. o godziny nadliczbowe. Tylko w lutym miało ich być 500. Jan Klata oskarżany jest również o mobbing. Ludzie, którzy pracowali bądź pracują w Starym mówią często o złej atmosferze, czy wręcz - jak mówi pismo - o "atmosferze strachu i terroru". Niewygodne osoby są zwalniane. To przypomina działania niczym z podręcznikowej korporacji.

Ze Starego Teatru odchodzą kolejno nazwiska, które tworzyły tę instytucję. Z teatrem pożegnali się Anna Polony, Jerzy Trela, Iwona Bielska, Tadeusz Huk czy Agnieszka Mandat. Ta ostatnia mówi "Dziennikowi Polskiemu": "uważam, że Jan Klata nie ma predyspozycji charakterologicznych do prowadzenia zespołu ludzi, a szczególnie instytucji takiej jak Narodowy Stary Teatr".

Jan Klata jest utalentowanym reżyserem - tego nikt nie podważa. Ale sprawowanie władzy na teatrem to nie to samo, co kierowanie spektaklem. Ba, to nawet dwie często sprzeczne historie. O ile reżyser musi być na scenie demiurgiem, który rządzi twardą ręką, o tyle dyrektor powinien być przede wszystkim inspiratorem i motywatorem. Kimś, kto spaja zespół ludzi i potrafi porwać ich do najśmielszych projektów. Być liderem.

Tymczasem Jan Klata po 16 miesiącach o objęcia stanowiska skłócił zespół, dzieląc go na "nowych" (czytaj: dobrych) i "starych" (czytaj: złych). Dyrektor instytucji publicznej powinien też działać według klarownych i nieposzlakowanych zasad prawno-finansowych - obraca się tu niemałymi, publicznymi pieniędzmi. Nie powinno być cienia wątpliwości, czy są one trafnie wydawane. A wszelkie wątpliwości powinny być natychmiast wyjaśniane. Kto - jak nie instytucje publiczne, a zwłaszcza te z dziedziny kultury - ma bowiem wyznaczać w naszym kraju standardy działania?

Jan Klata jednak niczego nie wyjaśnia, lecz milczy. Milczenie jest czasami złotem, ale może być także dowodem bezradności.
Trwa ładowanie komentarzy...